Dalej się nie dało …

DCIM109GOPRO

W kwietniu 2014 zaczęliśmy myśleć o kierunku kolejnej wyprawy. O jej celu – Lizbonie – zadecydowała po prostu atrakcyjna cena biletu lotniczego do Warszawy,a o początku w Kolonii, najzwyczajniej w świecie stosunkowo tani i wygodny dojazd pociągiem ;)

Pożegnanie na dworcu

13 sierpnia po południu, na dworcu Warszawa Wschodnia wsiadamy do pociągu. Rankiem kolejnego dnia jesteśmy już nad Renem, gdzie wita nas słońce wędrujące leniwie po ścianach monumentalnej gotyckiej katedry (Kölner Dom). W tym momencie zerkając na mapę Europy i kalendarz pojawia się taka myśl, że to chyba jednak trochę szaleństwo i kawał drogi przed nami, miejsc, które chcemy odwiedzić znacznie więcej niż dni do startu samolotu z lizbońskiego lotniska… 

Katedra w Kolonii. Zimno i słońce.

Pierwszy tydzień wyprawy to szybkie tempo, długie dystanse. Czwartek w Niemczech, piątek w Luksemburgu (hm to taki kraj, który można przejechać ścieżką rowerową od początku do końca, taką fajnie oznakowaną, z dobrym asfaltem, pięknie położoną, takie cuda wianki), a sobota już we Francji, a wszystko to przy zmiennej pogodzie, raz w słońcu, raz w deszczu. Co tu kryć przyjemnie i wakacyjnie nie było :D – mocny wiatr, oczywiście z przodu , większość rzeczy ciągle wilgotna, ale droga daleka, trzeba kręcić. Mijamy francuskie miasta i miasteczka. Cały czas wierzę i szukam i odnajduję na szczęście tę uroczą małomiasteczkową, niewinną Francję. Lubię ten kraj. Mijamy takie miasta jak Troyes nad Sekwaną – dawną stolicę Szampanii, Auxerre, Bourges czy Limoges, okazują się przepiękne. Wyglądają jak scenografia do dużych, kostiumowych produkcji filmowych, których akcja toczy się gdzieś w XV wieku.

Katedra Św. Szczepana w Auxerre.

Odwiedzamy też Verdun, gdzie w 1916 roku zginęło milion ludzi. Da się tam odczuć totalny bezsens wojny. Ciemne chmury nad głowami tego dnia dodały demonicznego nastroju. Paskudne miejsce.

 

Krzyże w Verdun. Są ich tysiące.

Francuzi nie zawodzą. Z reguły bez problemu można rozbić namiot, przy lub w czyimś ogródku. Wystarczy miło zapytać, najlepiej po francusku :D Można się dogadać. Można też dobrze zjeść. W tym roku trzykrotnie w kraju Wielkiej Pętli trafiamy na lokalne fety. Na czym to polega? Otóż w środku miasteczka wystawiane są długie stoły,krzesła, a dookoła stoiska miejscowych producentów żywności. Kupić można wszystko do jedzenia i picia, wystarczyp rzyjść z własnym nakryciem, przyprawami i usiąść z sąsiadem przy stole na rynku i zacząć biesiadę. Wszystkiemu towarzyszy lokalne „discopolo” hmm… „francopolo”?!.

Siedzą i jedzą :)

 

Lepsze niż Luwr – Lascaux!

Człowiek i jego historia to coś, czego szukamy na naszych wyjazdach. Krasowej jaskini z malowidłami z późnego paleolitu nie mogliśmy pominąć. Z przewodników wiemy, że bilety kupuje się w Montignac, miasteczku oddalonym kilka kilometrów od jaskini – tej prawdziwej i jej kopii dostępnej do zwiedzania.W Montignac jesteśmy około 14, jednak najbliższe zwiedzanie w języku angielskim rozpoczyna się o 19. Mamy więc kilka godzin, aby trochę odsapnąć i spokojnie zjeść obiad. Cóż czas gonił więc tempo było solidne, a Francja płaska nie jest :) Oglądamy wejście do prawdziwej ja- skini, a następnie zaczynamy zwiedzanie budowanej przez 11 lat, naprawdę udanej kopii. Skutecznie przenieśliśmy się prawie 20 tysięcy lat wstecz. Znana wszystkim z podręczników scena z bykami to w rzeczywistości ogromne rysunki, które ciężko objąć wzrokiem bez obracania głowy. Hipotezy, którymi zarzuca nas przewodnik, historia i świadomość, że oryginał jest tak blisko, spycha dzieła z jakiegokolwiek muzeum na świecie na drugi plan. Wizytę w Lascaux serdecznie polecamy wszystkim odkrywcom. Wartość artystyczna, oczywiście poza tym, że powala wartość historyczna, rysunków z Lascaux serio robi wrażenie.

Płaskich terenów coraz mniej. W wielkim upale ukazują się tak wyczekiwane przez nas Pireneje… Góry to jest to :) )

Love.

Góry,w których Rafał Majka dostarczył nam tylu powodów do radości, są tuż przed nami.Z każdym kilometrem zdają się piąć coraz wyżej i wyżej – aż do samego nieba. Pod denerwowani zatrzymujemy się na kempingu z basenem i kładziemy spać z nadzieją,że przełęcz Tourmalet zdobędziemy w dobrym czasie i przy pięknej pogodzie. Po 15-kilometrowej rozgrzewce zaczyna się! Podjazd pod Col du Tourmalet. Przełęcz, która od 1910 roku często gości najlepszych kolarzy świata ścigających się w Tour de France. O dobrym wyniku na górskich rowerach,do tego z całym domem na bagażniku, ciężko mówić, mimo to pasażerowie mijających nas samochodów kibicują nam gorąco. Po drodze spotykamy też osła, który czując zapachy z naszych sakw, chce je… skonsumować. Na ostatnich metrach słyszymy mnóstwo braw i gratulacji. Prosi na szosówkach ważących sześć kilogramów potrafią docenić wspinaczkę na 2115 metrów n.p.m. z całym dobytkiem. Zawsze, kiedy coś jest naj albo pierwsze, łezka kręci się w oku, tak jest i teraz. Najwyższy punkt naszej podróży zaliczony! Pamiętając 13 podjazdów z Alp Francuskich wydaje mi się, że nie było tak strasznie. Nie było ani zbyt wielu masakrujących sztajf, anie ni było też za długo. Po prostu kolejny fajny podjazd :)

Co za osioł. My się odchudzamy i nie wozimy żarcia.
W górach najważniejsza jest dobra noga i hamulce.

 

Po Tourmalet kolejne dwa dni to wizyta w Lourdes i przełęcze Col du Soulor oraz Col d’Aubisque. Z Lourdes wiążą się różne wspomnienia. Z jednej strony zaduma i tłumy ludzi pełnych wiary przy grocie, w której w 1858 roku 14-letniej Bernadecie Soubirous objawiła się Matka Boża. Z drugiej strony niezliczone sklepiki z dewocjonaliami, las neonów i głośna muzyka. Jakieś pomieszanie z poplątaniem. Aby dostać się do Hiszpanii, czeka nas 30-kilometrowa wspinaczka na Col du Portalet. Tego dnia jest naprawdę gorąco. Tak na prawdę to jest masakra. Po kilkugodzinnej wspinaczce – zjazd, cieszymy się na nadchodzący powiew chłodu związany z jazdą w dół… Jednak nic z tego. Jest chyba 50 stopni, a zjeżdżając, mamy wrażenie, że ktoś otworzył rozgrzany piekarnik. Po przekroczeniu granicy następuje zwrot o 180 stopni! Oczywiście nie Celsjusza. Po pierwsze, połowa założonego dystansu za nami, cel wydaje się coraz bliżej, pogoda i wiatr też nam sprzyjają! Zaskakuje nas przepaść kulturowa oraz cenowa dzieląca Francję i Hiszpanię. O godzinie 22 kemping we Francji kładzie się spać, a w Hiszpanii zaczyna się kolacja, zabawa, wino i śpiewy. Docieramy do miasta, w którym corridę oglądał i później opisał sam Ernest Hemingway. W Pampelunie kilka tabliczek wytycza drogę, którą byki docierają na arenę. My zatrzymujemy się przed wielką, czerwoną, zamkniętą bramą. Hiszpanie żyją corridą nie tylko w Pampelunie. Na ulicach widać plakaty zapraszające na corridę, podczas której pojawią się sławni torreadorzy. Odnosimy wrażanie, że pogromcy byków to prawdziwi celebryci. Na plakatach wyglądają niczym idole nastolatek :D

Gorąco…
Faktycznie ciepło.

 

W Pampelunie trafiamy też na inny znacznie dłuższy szlak, który wyznaczają muszle i żółte strzałki. To znak, że jesteśmy na drodze do Santiago de Compostela, jednego z najsłynniejszych miejsc pielgrzymkowych chrześcijan. Jesteśmy zaskoczeni, jak wiele osób maszeruje do Santiago. Młodsi, starsi, Skandynawowie i  pielgrzymi z dalekiej Azji, pojedynczo i grupkami. .Przez kilka dni obserwujemy pielgrzymów i całą infrastrukturę, w której się poruszają. W miasteczkach na trasie wiele osób z bąblami i plastrami na stopach odpoczywa i spożywa posiłki. W specjalnych cenach dla pielgrzymów są też albergo (hotele), w których można spać tylko wtedy, gdy posiada się tak zwany paszport pielgrzyma. Często widać też konne patrole policyjne. Jedno jest pewne – w Hiszpanii na szlaku św.Jakuba nie można się zgubić, nigdy nie widzieliśmy tak dobrze oznaczonej trasy.

Co może być lepszego od Hiszpańskiego arbuza.

Zachwyca nas mały ruch na drogach bardzo dobrej jakości, aromatyczne tempranillo w La Rioja i urokliwe miasto Valladolid. Będziemy je pamiętać długo, także dlatego, że w jego okolicy przez 158 kilometrów nie spotkaliśmy żadnego otwartego sklepu, a na widok czynnej cukierni i palmierów oblanych lśniącą, białą czekoladą prawie zwariowaliśmy! Pokonaliśmy kolejne 10 kilometrów i właśnie tego dnia padł dzienny rekord trasy – 168 kilometrów. Dalej przez Tordesillas, Toro i Zamorę docieramy do Portugalii, spędzając po drodze noc pod rozgwieżdżonym niebem na ogromnym kastylijskim pustkowiu. Ponosimy też małą stratę – zostawiamy w trakcie przerwy na kawę naszą małą ładowarkę solarną. Bardzo przydatne narzędzie, pudełeczko wielkości portfela szybko gromadzi w sobie energię, jest niezawodne do podładowania telefonu czy pilota od kamery. 20 kilometrów zjazdu z wiatrem w plecy jest niestety wystarczającym argumentem, aby po ładowarkę nie wracać. Oby się komuś przydała.

Portugalia. Wino, wszędzie wino.

Portugalia wita nas przejściem granicznym w postaci ogromnej elektrowni wodnej i stromym 8 kilometrowym podjazdem. Nie jest łatwo. Kraj Vasco da Gamy testuje naszą wytrzymałość iście południową pogodą. 40 stopni Celsjusza, prażące słońce, ciągle mało wody w bidonach. W miasteczku Mogadouro w informacji turystycznej młody chłopak opowiada nam, jak na 10 sposobów możemy dotrzeć do Porto. Wybieramy drogę przez dolinę rzeki Côa. Obraliśmy kierunek na Villa Nova de Foz Côa, miejscowość, w której mieści się muzeum kompleksu archeologicznego rytów naskalnych. Pierwsze są jeszcze starsze niż malowidła w Lascaux. Świetnie przygotowana ekspozycja, nawiązania do innych tego rodzaju znalezisk, oryginalne przykłady liczących ponad 20 tysięcy lat śladów artystycznej działalności naszych przodków. Za dodatkową opłatą można wybrać się na wycieczkę samochodem z przewodnikiem, aby móc na własne oczy ujrzeć znajdujące się w dolinie rzeki ryty. Niestety, na zwiedzanie trzeba czekać aż pięć godzin, których zwyczajnie nie mamy. To nie ostatnie muzeum na trasie!

Muzeum rytów w dolinie Coa.

Zanim na dobre przeżyliśmy emocje związane z tak namacalną historią, spotyka nas przygoda. Otóż w okolicy Villa Nova de Foz Côa zatrzymuje nas kolarz. Pan około sześćdziesiątki, słabo mówi po angielsku, powtarza jedynie: yes, no, you, tomorrow, no problem, good people. Po chwili konwersacji lądujemy w pokoju jego córek, które właśnie przebywają na wakacjach. Antonio, którego ściany salonu zdobią szable i noże, gościnę zaczyna od porządku w lodówce. Wyrzuca wszystko, co pokryte jest warstwą pleśni, po czym każe nam iść za sobą do ogródka. A w ogródku – raj! Pomidory, ogórki giganty, figi, winogrona…Przygotowujemy kanapki, sałatkę, Antonio przynosi wino własnej roboty i włącza płytę z rzewnym fado. Antonio ma jeszcze jedną zaletę – mówi po francusku. Zatem gaworząc po polsku, francusku, angielsku i portugalsku, spędzamy niesamowicie miły wieczór przy butelce lekkiego portugalskiego vinho verde!

Porto w Porto.

Następnego dnia docieramy do miejscowości Peso da Régua, znajdującej się już u brzegów rzeki Duero. Droga przez cały czas wiedzie nas przez wyschnięte na wiór lasy i winnice. Skala uprawy winorośli w Portugalii przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania. W Pesoda Régua zwiedzamy Muzeum Duero, po wyjściu z którego ma się solidną wiedzę na temat uprawy i produkcji wina. Zwiedzanie kończy się degustacją, my dostajemy do spróbowania porto ruby vintage. Porto to prawdziwy skarb środkowej Portugalii. Wino Anglików, którzy w XVII wieku zaczęli importować tysiące butelek tego świetnego czerwonego wina, zmieniając całkowicie krajobraz całego regionu Alto Douro. Dzięki temu sierpień na wzgórzach wokół wijącej się w dole rzeki to piękny dla oka widok, owoce prawie dojrzałe przed wrześniowymi zbiorami, kolorowe liście, hektary upraw na zboczach doliny. Kręte drogi doprowadzają nas do Porto. W porcie stoją w szeregu ustawione barki z beczkami wina, sygnowane logo producentów. Sandeman, Offley, Fonseca i inni. Po prawie miesiącu podróży przez góry, lasy i małe urokliwe miasteczka tłok, remonty i hałas dużego miasta przytłaczają nas. To niestety nie to, czego szukamy. Po szybkich zakupach ruszamy dalej. Czym prędzej na zachód. Nad ocean. Moment, w którym widzimy Atlantyk i w końcu, po przejechaniu prawie trzech tysięcy kilometrów, siadamy na plaży, zostanie mi długo w pamięci. Na pytanie Kasi co teraz powiedzieć, po chwili zastanowienia, padło z mojej strony tylko: „Ech…nogi mnie trochę bolą”. Do Lizbony mamy już tylko 320 kilometrów, szybkim tempem dwa dni jazdy. Generalnie pedałujemy wzdłuż wybrzeża, mijamy wsie, lasy, kurorty i porty, w których próbujemy ryb smażonych i grillowanych.

Tak nas karmią ;)

Wszystko robimy już z ogromnym luzem. Wiemy, że dojedziemy w terminie, że samolot nam nie ucieknie, zdążymy. W Portugalii spotkamy samych życzliwych ludzi, często oferujących pomoc, czujemy się dosyć bezpiecznie i komfortowo, aczkolwiek chyba nie tak jak we Francji :) . No cóż, a przykład taka sytuacja…. Jedziemy pustą drogą przez las, zbliża się z naprzeciwka policyjny terenowy wóz. To nie dziwi, bo na Półwyspie Iberyjskim policjantów spotyka się wyjątkowo często. Policjant otwiera szybę, dając ręką znak, żeby się zatrzymać. Od razu zaczyna mówić płynną angielszczyzną. Pyta, czy wiemy gdzie jesteśmy i dokąd jedziemy. Oczywiście, wiemy gdzie i mamy mapę itd. Policjant mówi dalej: „jeśli spotkasz w tym lesie mężczyznę, który będzie prosił cię o pomoc, nie zatrzymuj się, tylko jedź, jedź jak najdalej i dzwoń na numer ratunkowy 112″. Otóż w lesie jesteśmy my, pięciu uzbrojonych mężczyzn poruszających się na piechotę i kilka patroli policji, co chyba ma nas uspokoić. Niestety, nie uspokajają nas ani rzekome patrole, ani informacja, że najlepiej by było, jakbyśmy oddalili się stąd o 40 kilometrów, albo jeszcze dalej. Do głównej drogi mamy 10 kilometrów. To 10 najszybszych kilometrów podczas tej wyprawy. W lesie ostatecznie nikogo nie spotykamy, nie słyszymy strzałów, nie widzimy też więcej policji, ale co przeżyliśmy, to nasze. Noc spędzamy na kempingu,żeby przede wszystkim psychicznie odpocząć.

 

W tym lesie tak straszą.

 

 

Na końcu Europy.

 

Następnego dnia wjeżdżamy do Cabo da Roca! Jesteśmy w najdalej na zachód wysuniętym punkcie stałego lądu na Starym Kontynencie. Dalej już się nie da,po prostu koniec drogi. Noc spędzamy na klifie w ruinach zamku. Rano pobudka, szybka mała czarna, kąpiel w oceanie i już. Jesteśmy w Lizbonie. Ubrani w firmowe koszulki z wielkim napisem na plecach „Köln –Lisboa”, jesteśmy zaczepiani przez wszystkich niemieckich turystów. Są w pełni świadomi, jak długą drogę mamy za sobą. W mieście, z którego – szukając sensu i odpowiedzi na najtrudniejsze pytania – wyruszali tak inspirujący ludzie, jak Ferdynand Magellan czy Bartolomeu Dias, spędzamy dwa piękne dni. Udaje nam się zjeść obiad w jednym z barów w klimatycznej, pełnej wąskich, krętych kolorowych uliczek, przepełnionej dźwiękami fado starej dzielnicy Alfama – już nie musimy się martwić tak bardzo o budżet naszej wyprawy. Jemy babeczki w Belém, odwiedzamy oceanarium. W klasztorze Hieronimitów przystajemy na moment przy sarkofagu Vasco da Gamy, który tak jak my lubił poznawać świat. Typowa turystyka :D Po 26 dniach kręcenia, bez ani jednego dnia przerwy, mamy w nogach 3038 kilometrów, co daje nam średnią 116 kilometrów na dzień. Wzbogaciliśmy się o nowe znajomości, przygody, doświadczenia! Przybyło nam wiary w siebie, że wszystko jest możliwe, że nigdy nie jest za daleko, za wysoko. I że czas jest względny. Co straciliśmy? W sumie siedem kilogramów,dętkę i… ładowarkę. # Dziękujemy wszystkim, którzy dokonali wpłat na konto fundacji „Akogo?” podczas trwania wyprawy. Oczywiście cały czas zachęcamy do wspierania działalności fundacji Ewy Błaszczyk!!!

Lizbona. Odkrywcy dawni i obecni.

 

Lizobna industrial style ;)

 

Facebook

Zostaw wiadomość

Twój email nie zostanie opublikowany.

Switch to our mobile site