Villach-Florencja 2011

sierpnień 2011 / 650 kilometrów / 3 kraje / 9 dni / 4 godziny deszczu ! :)

DSC_4489

 

 

Dzień 1
Po 10 godzinach w pociągu, swoją drogą całkiem przyjemnych z możliwością podziwiania Klagenfurtu i wielu świetnie zachowanych zamków znaleźliśmy się w Villach. Trafiliśmy akurat na obchody jakiegoś święta, wszyscy chodzili w ludowych strojach,

więc bardzo rzucaliśmy się w oczy, znaleźliśmy camping typowo Austriacki – ceny też. Następnego dnia pokonaliśmy Wurzenpass (1073 m. n.p.m. + znaki typu 3,5km 18% nachylenie ) przełęcz na której szczycie znajduje się granica Austriacko-Słoweńska – to było ciężkie a przecież to dopiero początek. Zjazd jednak wynagradza trud włożony w podjazd… Słowenia nas urzekła kraj stworzony dla rowerzystów, mieszkańcy uśmiechnięci, każdy mówił po angielsku, a na słowo Poland reagowali „aaa MAŁYSZland”.  Oczywiście zboczyliśmy z trasy, żeby zobaczyć  legendarną skocznię w Planicy… oglądanie jej latem to dziwne uczucie. Znaleźliśmy się w Kranjskiej Gorze która leży u stóp przełęczy Vrsic, robiło się ciemno więc zatrzymaliśmy się na noc w schronisku KOCA NA GOZDU.

Dzień 2
Zaczął się znów pedałowaniem pod górę, po pokonaniu 25 ponumerowanych serpentyn byliśmy na Vrsicu (1611 m. n.p.m.), kilka zdjęć, wysyłanie kartek do rodziców, zakładamy kurtki i zjeżdżamy!
Po długim zjeździe znajdujemy się w dolinie, dookoła nas piękne góry, 100% przyrody w

przyrodzie i krystalicznie czysta o silnym nurcie rzeka Soca. Noc spędzamy w Tolminie, na campingu którego właściciel miał w swoim biurze szaliki wszystkich możliwych drużyn piłkarskich! Przypadliśmy mu do gustu i pozwolił nam spać w czymś co było kiedyś kioskiem, żebyśmy w razie czego nie zmokliJ. Ceny na Słowenii 3 razy niższe niż AustriackieJ

Dzień 3
Po śniadaniu ruszamy na południe, zaczyna robić się Włosko, temperatura wysoka, powietrze suche, docieramy do Gorizii (granica Słoweńsko-Włoska) we Włoskiej części miasta byliśmy około 13:00 zastaliśmy wszystko zamknięte, ani jednej żywej duszy, a we wszystkich sklepach Pauza do 15:00!
Trudno czas na odpoczynek i dla nas, znaleźliśmy kawałek marmurowej podłogi, gdzie mogliśmy się ochłodzić, rozłożyliśmy mapę, i nagle podszedł do nas ciemnoskóry Włoch, który po poznaniu naszej historii powiedział jedynie „Mamma Mia!”, to był dla mnie szok kulturowy, że słynne Mamma Mia usłyszałam od pana murzynka J
Po małych zakupach i deserze ruszyliśmy dalej, około 18:00 stwierdziliśmy, że czas szukać noclegu, campingów nie było… więc po raz pierwszy zdecydowaliśmy się pytać o nocleg zwykłych ludzi, oczywiście Kasia została wysłana żeby

zagadać. Jak to zrobić? Najlepiej jest szukać domów z dużymi ogrodami lub gospodarstw z polami uprawnymi czy stodołami… Kasia zarządziła zatrzymanie się przy pewnym gospodarstwie, w ogródku była kobieta no to próbujemy najpierw po angielsku:

- Hello! Do you sapeak english ? gdy w odpowiedzi słyszymy  Hi! Yes, sometimes… zaczynamy wątpić…no ale nic mówimy o co chodzi, że jesteśmy zmęczeni i czy możemy gdzieś tu rozstawić namiot, Pani spanikowała i poszła po męża, mąż mówił nie wiele więcej, więc my zaczęliśmy mówić po włosku, szło nam tak, świetnie, że po rozłożeniu namiotu Patryk na pytanie czy jesteśmy głodni chcąc odpowiedzieć: Nie, mamy jedzenie chyba powiedział, że nie mamy jedzenia bo nam przynieśli kanapki, kilka rodzajów sera i chrupiącą bagietkę! Ludzie byli mili, to byli plantatorzy soi z Cervignano del Friuli.

Dzień  4
Generalnie jazda szła nam szybciej niż Patryk zakładał, ale nie będąc niczym ograniczeni jedziemy dalej, przyzwyczajamy się do temperatury, przejeżdżamy przez kolorowe miasteczka, w Eracleii pojawia się znów pytanie: ”ciekawe gdzie dziś będziem

y spać” Włosi okazują się bardzo otwarci, tym

razem rozkładamy swój namiot u plantatora Arbuzów, na powitanie dostajemy jednego, na odjazd dwa kolejne! Po prostu the Best Anguria ever!! Prosto z krzaka, pyszny, soczysty, ciepły od słońca, oprócz tego dostajemy od Pana Arbuza spiralkę antykomarową jakieś jogurciki wodę J Znów rozmawiamy sobie o różnych rzeczach w trzech językach na raz + migowy to w sumie w czterech jest śmiesznie, ale Pan Arbuz chce żebyśmy zostali dłużej, niestety czas na nas.

Dzień 5
Wstajemy pierwsi i ruszamy dalej, po kilku godzinach jesteśmy w Wenecji … a tam przecież schody za schodami, most za mostem, Japończyk na Japończyku, na szczęście w Polsce jest brzydka pogoda i rodzice Patryka decydują się na urlop we Włoszech… Jesteśmy uratowani – wiemy już jak wrócimy do domu!! Obliczyliśmy, że jak pojedziemy do Florencji pociągiem to akurat za 3 dni wrócimy do Wenecji i spotkamy się z rodzicami Patryka i pieskiem Rudusiem.

W pociągu poznajemy jak zwykle śmiesznych ludzi, wciąż pytających gdzie nasi rodzice i czy jesteśmy rodzeństwem:D

Dzień 6
Nie mamy wyjścia śpimy na campingu, kosztował nas więcej niż wydaliśmy przez ostatnie 5 dni, ale co tam;D Na campingu, pewna Włoszka prosi o dowód po otrzymaniu go słyszymy: ”O jesteszcie ż Polski” (od Włoszki na campingu we Florencji? ) Hmm…tak… „mój chłopaku jest z Polski i on tu studjuju” :)

Na campingu drogo i same kamienie!  Florencja wieczorem, pizza, wino i lody rekompensują wszystko. Trzeba to miasto odwiedzić koniecznie!

Rano dzienne zwiedzanie i ruszamy dalej…

Dzień 7
Toskania nie jest płaska jak zapewne wiecie, kolejna wspinaczka tym razem do Fiesole, po 8 kilometrach jesteśmy w pięknym miasteczku, siedząc w cieniu pod drzewem podchodzi do nas jakiś Pan i pyta skąd jesteśmy jako pierwszy we Włoszech zrozumiał Poland jako Poland a nie Holland. Powiedział, że widział nas z autobusu jak jechaliśmy pod górę, powiedział, że bardzo by chciał pojechać do Polski (sam był Holendrem) bo ma ciekawą historię, mówił, że jest pod wrażeniem, że Polska przetrwała 2 wielkie wojny, że wie, że mamy ładną przyrodę, wiedział dużo o naszej historii ale powiedział, że niestety nie jest u nas tak ciepło jak tu i jego dziewczyna nie chce jechać do Polski…
No nic mamy nadzieję, że kiedyś uda mu się przyjechać nad Wisłę…

Zatrzymujemy się żeby coś zjeść w Borgo san Lorenzo, Patryk zauważa, że wiele osób wychodzi z jednej uliczki z dorodną porcjowaną pizzą, jako pizzo maniak postanowił to sprawdzić, zagadkę rozwiązał niczym Scherlock Holmes. Znaleźliśmy piekarnię założoną ponad sto lat temu a tam raj! Pizza i Foccacia! Oczywiście wzbudziliśmy zainteresowanie samego piekarza który powiedział nam, że był kiedyś w Dżiradowie i Opolu ;D Obkupieni i najedzeni jedziemy dalej… aż w końcu marzenie Kasi się spełnia jest winnica przy starym (XV w.) kościele, ksiądz oczywiście bardzo serdecznie nas przyjmuje na noc J rozkładamy namiot między krzewami wina J w Roncie.
Dzień 8
Trzeba pedałować…
Dzień 9
I tak po 10 dniach kończy się rowerowa część naszej wyprawy, jesteśmy już bezpieczni z rodzicami na campingu w Mestre.

k/k

Facebook

Zostaw wiadomość

Twój email nie zostanie opublikowany.

Switch to our mobile site